edlech | e-blogi.pl
Blog edlech
STACJA JASŁO 2013-02-25



Na stacji Jasło


/tor pierwszy/


zatrzymał się czas


 


/a może tylko zapętlił na rozjazdach


pomiędzy 10 i 11 września 1900 roku/


 


lokomotywa dziejów na bocznicy 


rdzewieje w kolorze sepii


 


Najjaśniejszy Pan


już sto dwanaście lat


przechadza się po peronie


czekając na sygnał do odjazdu


 


nie wie nic


o upadku cesarstwa


o rewolucji


o lądowaniu na księżycu


 


nie wie nic o wojnach


które przetoczyły się bocznym torem


eszelonami


 


widział z daleka płonące miasto


ale zaraz potem


zburzone domy podniosły się


z gruzów


 


w powietrzu ostry zapach nafty


i nieustanny warkot automobili


tylko wrony tak samo czarne


jak nad Hofburgiem


 


Cesarz miałby ochotę pójść


na spacer do parku


usiąść w glorietce


i przyjąć hołdy tutejszych rajców


ale obawia się


że niesubordynowane semafory


podniosą raban


a zwrotnice zbuntują się


i odmienią bieg dziejów


 


wróci zatem do swojej C.K. salonki


zanim zamkniesz album


starych fotografii


 


 


 


 


 


 


WIĘKSZOŚĆ 2013-02-23

My


mieszkańcy miasta


/tu  wpisać nazwę/


kochamy Pana Burmistrza


a przynajmniej ta większość


która oddała swoje głosy


na Pana Burmistrza


w ostatnich wyborach


 


poprzednio


kochaliśmy Panią Burmistrz


a przynajmniej ta większość


itd


 


podejrzewam zatem


że społeczność naszego miasta


/ nie wpisywać nazwy /


składa się z dwóch większości


 


a jak powszechnie wiadomo


większość ma rację


 


 


 


NAD RUBANIĄ 2013-02-16

/ tekst do piosenki /


 


Nad Rubanią


nad porębą


w lisiej czapie blady księżyc


nad porębą nad doliną


szemrze strumień gwiazdy płyną


 strumień szemrze 


dziwy jakieś opowiada                


gwiazda spada


 


 


Nad Rubanią


nad Baranim


Księżyc sierpem niebo rani


nad Rubanią nad Beskidem


ciemne niebo w strumień płynie


szemrze strumień


jakieś dziwy niebu prawi


świt się krwawi


 


 


 


Hej strumieniu


hej strumieniu czysty


nie płyńże ty


nie płyń ty do Wisły


Wisła wielka rzeka


Wisła cię pochłonie


i zapomnisz o mnie


 


Nad Rubanią


nad porębą


świt już stoi gwiazdy bledną


ponad chmurą ponad lasem


nad minionym nocy czasem


świt już stoi


na swojej dziedzinie


strumień płynie


 


 


 


 


 


OPOWIEŚCI PRÓŻNIAKA 2013-02-11

Cześć Androidy z Andromedy. Nazywam się Max – to po moim ojcu chrzestnym Maksie Karlu Ernście Ludwigu Plancku z planety Ziemia, z sąsiedniej galaktyki  zwanej  Drogą Mleczną. A ksywkę mam Kwant, bo zajmuję zaledwie kwant przestrzeni dwudziestosześciowymiarowej. Jeszcze inni mówią, że jestem próżniak kosmiczny, bo mało robię a dużo gadam. Opowiem wam zatem o dziele stworzenia - jak mówią napuszeni faceci na planecie Ziemia- bo to mój ulubiony temat na kosmiczne ciemne eony.Zabawa w stwarzanie wszechświatów to też moje ulubione  zajęcie i mojego licznego rodzeństwa, zajmującego całą hiperprzestrzeń. Mam chyba trylion do potęgi  kwadrylionowej braci, którzy cały bezczas wyłapują stare, zużyte kosmosy, i zderzają je ze sobą, żeby tworzyć nowe.Wiele przy tym frajdy, bo najpierw jest wielkie bum, gdy te czterowymiarowe płachty dotkną się chociażby w jednym punkcie - to nagle drgają wszystkie superstruny, a potem dzieją się różne rzeczy. Wszystko zależy od tego, jak szybko, i w którym miejscu  nastąpi kolizja. Zobaczycie jak to jest za cztery miliardy lat, jak wasza piękna Andromeda walnie w Drogę Mleczną…ale to i tak pikuś przy Wielkim Wybuchu. Pikuś? To taki czworonożny etap przejściowy …ale słuchajcie o moim kosmosie -udało mi się zderzyć takie dwie brany, że powstał kosmos jak marzenie. Nikomu z moich hiperbraci nie wyszła ta sztuka od połowy wieczności. Wszystko zależy od warunków początkowych - jak mówią fachowcy. I można się zastanawiać, czy jest to kwestia przypadku, czy konieczności. Jak coś się przypadkowo pojawi, to potem się mówi, że musiało. To tak samo jak z płatkami śniegu, który pada na tej malutkiej, śmiesznej planecie Ziemia, zamieszkanej przez jeszcze śmieszniejsze stworki, nazywające się ludźmi, które usiłują dociec, czym jest, i jak powstał kosmos- ale o tym później.Co ze śniegiem? - nie ma drugiego, takiego samego płatka. W każdym bądź razie śnieg musiałby padać jeszcze miliardy lat (przyjmując za miarę czasu jeden obieg tej śmiesznej planety wokół swojej marnej gwiazdki, którą nazywają Słońcem), żeby trafił się  płatek podobny do tego, który właśnie spadł na nos Michio Kaku w mieście Nowy Jork - jednego z tych stworków, które chcą dociec istoty rzeczy. Ale to mi się w nich podoba, że chcą być tacy mądrzy jak my. Dlatego nazywają nas bogami. A zresztą, są wytworem moich mocy, chociaż nieuprawdopodabniałem ich zaistnienia, podobnie jak i innych w kosmosie, z tym, że Ziemianie podobają mi się bardziej, bo chociaż często unicestwiają samych siebie, ale mają poczucie paradoksu (oni nazywają to poczuciem humoru), w przeciwieństwie do tych nudziarzy Mrocznych Jedi. Chyba zrobię tej sekcie Sithów kuku i podprowadzę jakąś czarną dziurę, to migiem przejdą na Wesołą Stronę Mocy...hehehe!  


Więc tak samo jest ze wszechświatami w hiperprzestrzenni - trudno o podobny. A że mój jest wyjątkowy, wzbudza zainteresowanie wszystkich hiperistot. Ale powoli…przed nami cała wieczność - to znaczy druga jej połowa.Oni na tej planetce Ziemia napisali kiedyś, że na początku było słowo, co innym się nie podoba i ciągle się kłócą..i jak tu ich traktować poważnie. Więc- jako się rzekło - zderzyłem dwie brany mocą mojego oddziaływania i natychmiast pojawił się nowy kosmos, który wybuchł, i przejął ode mnie wszystkie potrzebne parametry, które dostałem przy narodzeniu z Centrum Wszelkiej Liczby - to znaczy stałą kosmologiczną, stałą grawitacyjną, prędkość światła, oraz właściwą ilość masy i energii, co na jedno wychodzi. Tam na Ziemi mieli już takiego mądralę, Einteina, któremu udało się dociec, że energia jest równoważna masie razy prędkość światła do kwadratu- E = mc(2). W zasadzie to ja iluminuję te - pożal się Hiperumyśle - rozumki, i niech ten przemądrala Leibniz, który postawił słynne wśród ziemskich filozofów (którym się wiele rzeczy nie śniło) pytanie: dlaczego istnieje coś, zamiast by raczej nic nie istniało, zważywszy, że nic jest łatwiejsze niż coś?...Haha! Ale zamącił...Dla Leibnitza nic jest łatwiejsze niż coś -haha! Ale nie iluminuję go, niech się męczy z tym swoim dylematem po wiek wieków, podobnie jak ów cwaniaczek z Elei, Zenon - też będzie pół wieczności gonił za swoją strzałą i nigdy jej nie dogoni. Za karę. Biedaczek nie wie, że strzała jest i jej nie ma -jak kot tego  kobieciarza Schrodingera. Nie dowie się za skarby Galaktyki, nawet mu sam  wielki Heisenberg nie pomoże…ba, zamąci mu dokładnie sprawę. My, Boskie Cząstki, jesteśmy bardzo pamiętliwe i mściwe, dlatego mówi się, że człowiek jest stworzony na nasze podobieństwo. Niby tak, ale daleko mu do naszej doskonałości. Na  przykład nogi - my nie potrzebujemy nóg do superpozycji kwantowej. A oni muszą dobrze przerabiać nogami, żeby nie zmienić orbity na bliższą środka planety. Nie mówię o facetach  krążących jak elektrony walencyjne wokół jądra baru. Taki w każdej chwili może  wypaść i stać sie swobodnym elektronem. I marzą o teleportacji. Ale oni wiedzą – ci faceci – co to znaczy, że połowa jest całością - jedyni w kosmosie. Ale i tak muszą się jeszcze mocno nagłówkować, żeby przesłać na kilka metroplanków jednego kwarka albo neutrino, a co dopiero flaszkę. Co tu ma do rzeczy flaszka? No, jakoś tak mi się powiedziało…


  Rozgadałem się, więc do rzeczy. Po jednym czasoplanku kuleczka miała już spory dziesięciorozmiar i było tam dosyć ciepło, to znaczy, że wszystko , co się tam w środku znajdowało, zasuwało jak małe samochodziki albo Struś Pędziwiatr razy trylion. Trzeba by mieć termometr z 10 z 32 zerami kresek, żeby to zmierzyć w kelwinach. - Co takie gały robicie jakbyście były ludźmi z Ziemi,  a nie porządną,  sztuczną inteligencją Andromedańską? Nie kumacie? No to wyjaśniam - musielibyście z jednego końca termometru na drugi lecieć z prędkością  światła dziesięć miliardów lat, żeby zrobić odczyt, zakładając jeden stopień na milimetr…no co? Zatkało kakało?  A może kakao? Też nie wiem co to kakało, ale tak mówią dzieciaki na Ziemi. Ale słuchajcie dalej -  zaraz zapędziliśmy toto z moim kumplem Bodziem - ksywka Higgson – na nasze podwórko, które nazywał polem pana Higgsa (nawet ładnie - mówi, że nadają tu masę niektórym cząstkom, tylko nie wiem czy czekoladową, czy śmietankową). Ale coś się pokićkało (chyba przez tę jędzę Niestabilność) i po 10 do potęgi minus 43 sekundy rozpadł się ten mój nowy kosmos na cztero i sześciowymiarowy. Sześciowymiarowy zapadł się do rozmiaru 10 do potęgi minus 32 centymetra (tam się bawimy w chowanego), a czterowymiarowy zaczął się gwałtownie rozszerzać. Po 10 do potęgi minus 35 sekundy silne oddziaływania ( to te, które upychają kwarki w proton albo neutron) oddzieliły się od elektrosłabych, a niewielki fragment większego wszechświata rozszerzył się 10 do 50 potęgi razy, i stał się   widzialnym Wszechświatem. Zapewne po to, żeby Kopernik mógł się gapić w niebo, bo przecież nie miał telewizji, więc się  strasznie nudził. Takie gwałtowne rozszerzenie uczeni astrofizycy nazywają  inflacją kosmologiczną. Po upływie dalszego ułamka sekundy oddziaływania elektrosłabe rozpadły się na elektromagnetyczne (dlatego kopie w gniazdku elektrycznym i można przykleić magnesem kartkę do lodówki, jak się ma sklerozę) i słabe (można zrobić rentgena, jak się złamie nogę, albo złapać lewoskrętne neutrino) a następnie, gdy temperatura spadła już do 10 do potęgi 14 Kelwina, kwarki zaczęły się łączyć w protony i neutrony. A te z kolei, po 300 tysięcach lat, zaczęły się łączyć w atomy. Uff…strasznie to pewnie skomplikowane dla was i nudne, jak kwantowa teoria pola… Ale niebawem, bo po stu milionach lat  zaczęła się ciekawa zabawa z pojawianiem się mgławic atomów, a potem galaktyk i gwiazd, następnie planet, i wreszcie, po 13 miliardach z kawałkiem lat czegoś, czego nie spodziewaliśmy się w Hipercentrum - żywych mózgowców…o zgrozo!


Opowiedziałbym wam jak to przebiegało, ale niestety, muszę biec ratować Bodzia, bo wpadł w  potężne pole magnetyczne i gna w środku jakiejś rury dookoła czegoś dwanaście tysięcy razy na sekundę. A to cwaniaczki...wciągnęli  Higgsona do Wielkiego Zderzacza! Bracia Hadrony! Z drogi! Bo nas pozderzają i odkryją tajenicę!...Bum!...A teraz ulatuję w w hiperwymiar...jak wrócę to wam dokończę Tylko nie bawcie się z antymaterią, bo się zanihilujecie, i nie będzie komu opowiadać…uuuuiiiit !


+ [ Wariant zakończenia, zmieniający konwencję, można powiedzieć - urealniający ją:


Bogdan!…Bogdan! Obudź się!… mamy Higgsa!


Co wy na to? ]


 


 


 


ODA DO ŚMIETNIKA 2013-02-08

Śmietniku


który pod wiekiem chowasz


zbędne odpady  tego świata


co blaskiem się pyszniły złudnym


na próżności promenadach


albo marne trepy


co życia niosły trud


aż do zdarcia


rupiecie gadżetów nagle postarzałych


na karuzeli przebrzmiałych mód


kalekie lalki co umierały razy sześć


w dziecięcej zabawie


w życie i śmierć


listy które przyszły po czasie


z czyjąś tęsknotą i nadzieją


wezwania do zapłaty


i spisany rachunek sumienia


drugoklasisty


że ukradł koledze ołówek


odpadki grzechów nieczystych


i wystawnych kolacji stęchły smród




Śmietniku


depozytariuszu ostatecznego przeznaczenia


wszelkiego celu i sensu


arko przymierza między bytem i nicością


który uczysz nas trumny mimochodem


i niepostrzeżenie oswajasz człowieka


z oczywistą oczywistością


że też będzie kiedyś smrodem


daruj jeszcze  ludzkim śmieciom


które grzebią w twoich skarbach


ucztę suchej kromki wyrzuconej z przesytu


butelek runo złote do skupu


za które kupią wódkę i przepiją ze śmiercią


mroźnym świtem




a nam


dziesięciu sprawiedliwym


czystym i nasyconym


oszczędź nozdrzy wrażliwych


póki śmieciarzy zastęp przybędzie


i zabierze wszystko


a kiedyś i ciebie


na wysypisko








SZKŁO 2013-02-05

" Młodość jest jak te butelki, które rozwalaliśmy o ściany.


Nie można ich skleić  spowrotem, ale jest jeszcze szansa


dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże. "


                                                                                                       Piotr Czerwiński


 


Jasiu był studentem germanistyki. Pochodził ze wsi pod Sanokiem. Zdolny chłopski syn.  Spotkałeś  go na początku października w akademiku. Zajmował pokój obok twojego, na siódmym piętrze, gdzie zakwaterowano pierwszy rocznik wydziału humanistycznego. Pamiętasz ten październik -  Karol Wojtyła został wtedy  papieżem. Nie było to dla ciebie najistotniejsze wydarzenie. Byłeś na bakier z Kociołem i nie  wiedziałeś, że jest konklawe- nie wiedziałeś co to w ogóle jest konklawe. Pojawiły się wówczas pogłoski o rychłym końcu świata i niektóre dziewczyny spazmowały, że nie zdążą urodzić dziecka.( Później kilka urodziło. Jedna nawet bliźniaki).  Początek studiów  absorbował czas i uwagę na nowych sprawach. Zajęcia, ćwiczenia, poznawanie towarzystwa –stopniowe wchodzenie w rolę studenta wydziału humanistycznego. No i oczywiście balangi. Byłeś kilka lat starszy od swoich kolegów z roku, i miałeś kilka przejść w swoim prywatnym CV - wyrzucenie ze szkoły,  ucieczka z domu, kilka tygodni pobytu w piekle, czyli  kopalni węgla na Śląsku, a przede wszystkim w ogłupiającej instytucji jaką jest wojsko.  Patrzyłeś na kolegów z roku z lekką dozą politowania i wyrozumiałości, gdy wyzwoliwszy się od kurateli rodziców, rzucili się w wir życia studenckiego, które najczęściej przybierało wysublimowaną formę  wspomnianej balangi. Kilka pięter niżej, jeden z wiecznych studentów prowadził melinę.  Handlował walutą i bonami, wódkę kupował w Peweksie- serwis zatem był na miejscu. Oczywiście do kolesia szło się po wypiciu tej kupionej na przydział kartkowy. Jeżeli o tym napiszesz w swojej książce, i będzie  ją czytał młody człowiek,(to chyba jakiś oksymoron) musi zapytać dziadków, albo poszukać w internecie informacji o tym, czym  był Pewex i owe kartki na zakup podstawowych towarów niezbędnych do życia, czyli mięsa, cukru, papierosów i wódki. Często takie imprezki pojawiały się spontanicznie, wbrew wcześniejszym intencjom towarzystwa, które akurat poczuło obowiązek przygotowania się do zajęć i zaczęło intensywnie wkuwać. Otóż kiedy władza ludowa, walcząc z przemijającymi trudnościami w dostawie energii elektrycznej, nakazywała jej oszczędzanie, często wieczorem wyłączano prąd i miasteczko studenckie pogrążało się w ciemnościach.  A owej jesieni powtarzało się to dosyć regularnie.  Atmosfera naukowa znikała w ciemnościach i wtedy zazwyczaj padało pytanie o charakterze raczej retorycznym, próbujące wprowadzić jakikolwiek sens i ład do chaosu mrocznych akademickich wieczorów - m o ż e  b y m y s i ę  n a p  i  l i ? Rzadko kto oponował z waszej czwórki spod 707A i 707B. Kwestia tylko kto skoczy do monopolowego, oddalonego o prawie dwa kilometry, na 20 minut przed zamknięciem. Ponieważ Adam i Zenek nie wyrywali się z inicjatywą, najczęściej biegał Jasiu, który był nieco zakompleksiony, jak to chłopak ze wsi, i może w ten sposób chciał potwierdzić swoje  miejsce w świecie. Poza tym rzeczywiście miał parę w nogach, bo kopał piłkę w swojej wiejskiej drużynie piątoligowej. Przeważnie zdążył dobiec na kilka minut przed zamknięciem i wrócić z flaszką (albo dwiema), która nie pozwoliła zniweczyć tych kilku godzin z  cennego czasu młodości.


   Rano - trauma pobudki i powrotu do konieczności życiowych. W przedpokoju, łączącym dwa pokoiki mieszkania akademickiego, rozlegał się tubalny głos Jasia, który miał mocną głowę i odziedziczone po swoich chłopskich przodkach poczucie obowiązku i realizmu – aufstehen! Aufstehen die Studenten, der Zeitpunkt für die Lehrveranstaltungen! Barwy jego pieszczonych umlautów i artykułowanych z pieczołowitością neofity dyftongów, zdradzały  zamiłowanie do języka naszych odwiecznych wrogów.  Szaro-blond czupryna, niebieskie oczy i  jasne piegi  dodawały mu niemieckości. Ktoś złośliwie żartował, że należy do rasy polsko-chłopsko-nordyckiej. Wydarci z pijanego snu tymi budzącymi niemiłe skojarzenia ponagleniami,  odszczekiwaliście  się patriotycznie  – czego się kurwa drzesz esesmanie, spadaj  na to krzyżackie drzewo, bez pierdół! - Jasiu nie obrażał się, bo wiedział, że jest w tym więcej pozy niż złych emocji. Zaśmiewał się tubalnie i z jeszcze bardziej perwersyjną artykulacją samogłosek rzucał - ordnung muss  sein!  Chcąc niechcąc,  zwlekaliście się z łóżek  i rzuciwszy jeszcze parę  kurew,  łapaliście w ostatniej chwili autobus linii 13 lub 18, który wiózł waszego kaca na uczelnię. A tam też różnie bywało, gdyż w owym czasie, na dwa lata przed strajkami, a trzy lata przed stanem wojennym, w akademickim barze bywało piwo. Butelkowe, czyli nie chrzczone. Transporter takiego piwa, w małych pękatych buteleczkach, pospolicie zwanych bączkami, wypiliście z Jasiem w jego pokoju po zaliczonym egzaminie z filozofii marksistowskiej. Połowa ludzi z polonistyki i germanistyki oblała, wy natomiast  pchnęliście ten egzamin z powodzeniem do przodu, błyszcząc znajomością idealizmu obiektywnego  i  pojęcia walki klas. Po obaleniu transportera (nie mylić z symbolem stanu wojennego), niesieni euforią, rozbijaliście buteleczki o ścianę, a poprzez  trzask tłuczonego szkła przebijały się wasze antykomunistyczne zawołania, gdyż w owym czasie zaczynał wiać wiatr historii i każdy robił się odważny. Na szczęście nikt nie doniósł ani o butelkach, ani o okrzykach - precz z komuną. Może teraz żałujesz, że nie miałeś na pieńku z reżimem- może zrobiłbyś karierę polityczną w Niepodległej Rzeczpospolitej.


Jasiu też nie zrobił kariery.  Po studiach ożenił się z panienką ze swojej wsi. Razem pracowali w miejscowej szkole, a po pracy plewili pole buraczane.  Budowali dom. Któregoś wieczoru Jasiu wrócił z budowy nieco napity. Teściowa nie wpuściła go do domu. Poszedł do stodoły i wychodząc po drabinie na stertę siana, spadł i nabił się na wystające, ostre zęby kultywatora. Po dwóch dniach zmarł w szpitalu. Było to pod koniec lipca. Doskwierał upał. Podczas mszy żałobnej patrzyłeś na trumnę z ciałem przyjaciela, z której wykapało na posadzkę kilka kropel  czerwonej , gęstej cieczy, jakby jeszcze krew w nim nie zastygła.


Czasem przejeżdżasz  niedaleko cmentarza. Niekiedy zatrzymujesz się na chwilę i wspominasz te wypryski młodości chmurnej i durnej. To co zdarzało się zarówno w czasie roku akademickiego jak i podczas wakacyjnych pobytów u Jasia na wsi- festyn ludowy, gdzie miejscowi, motywowani odwiecznym atawizmem, chcieli ci spuścić wpierdol, ale potem szacun, bo to kumpel  Jasia. Albo picie wina na stacji kolejowej, na której zatrzymywały się pociągi z Jasła do Zagórza. Albo te z Zagórza do Jasła. Ostatni raz wdziałeś go z okna pociągu, gdy machał ci na pożegnanie...


 


 


 


 


 


 


 


 


ANTYBALLADA 2013-02-02

nie napisałem jeszcze ballady


czy to z lenistwa


czy braku weny


bo  prościej jest skrzydlatym koniem


gonić metafor sedna ukryte


niż w prostych słowach


historię prostą tak opowiedzieć


jak deszcz opowiada że właśnie pada


tak samo jesienny


jak w znanym wierszu pana Leopolda


tłukąc w me okno opuszkami kropel


jednaki miarowy niezmienny




i zastanawiam się w jakim stuka rytmie


czyżby to była samba na rozstanie


kto wie




a samotność


cóż ona


że taka samotna


kiedy do okna podchodzi


i widzi jak odchodzisz


w deszcz


DWA WIERSZE dla M 2013-02-01

/  starsze wiersze znalezione w szpargałach /


 


          * * *


Szukałem stosownego wiersza


w bibliotekach pamięci


ale trudno  znaleźć wiersz


w którym podmiotem ja


a muzą Ty


więc nie pozostaje nic innego


jak wyręczyć wszystkich poetów


 


lecz od jakich słów zacząć


a na jakich skończyć ?


 


 


          * * *


Spójrz na tych dwoje


na starej fotografii


wyblakłej nieco


jak zasuszona niezapominajka


 


sekunda to wieczność


wobec tej chwili


zatrzymanej w kadrze


 


a jednak sekunda mija


a ta chwila  trwa


na przekór pamięci


i mówi


to prawda


to było


 


objęcie ramion


uśmiech


cały horyzont zdarzeń


 


tylko ich cienie wiedzą


czego los im nie przyniesie


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]